Warto marzyć!
Wszystkie newsy
ENGLISH
1
23. 10. 2026. Wydział
Aktorski

Julia Jaroszewska o tym, jak się gra i żyje w Nowym Jorku.

Studentka Wydziału Aktorskiego naszej Szkoły wróciła z semestru nauki w prestiżowej Lee Strasberg Theatre & Film Institute w Nowym Jorku! Absolwentami tej Szkoły są m.in. Robert de Niro, Al Pacino, Julia Roberts czy Scarlett Johansson. Pobyt Julii w Nowym Jorku był możliwy dzięki umowie o współpracy, jakie nasza uczelnia zawarła z amerykańską placówką. The Lee Strasberg Theatre & Film Institute został założony w 1969 roku przez Lee Strasberga, nauczyciela aktorstwa, twórcę własnej metody. Dziś Szkoła imienia Strasberga jest jedną z najbardziej cenionych placówek uczących aktorstwa na świecie.

Jolanta Karpińska: Spędziłaś semestr w słynnym Lee Strasberg Theatre & Film Institute w Nowym Jorku. Jak doszło do tego wyjazdu?

Julia Jaroszewska: Wszystko zaczęło się od nawiązania przeze mnie współpracy z agencją w Nowym Jorku. Mój agent bardzo we mnie uwierzył i uznał, że powinnam poznać amerykański rynek, sprawdzić, czy to miejsce jest dla mnie. Znał Victorię Krane, dyrektorkę Lee Strasberg Institute, i to w kontakcie z nią pojawił się pomysł nawiązania współpracy z naszą Szkołą. Rektorka naszej Szkoły, Milenia Fiedler zdecydowała o podpisaniu umowy o współpracy z nowojorską uczelnią a ja pojechałam tam jako pierwsza. Od teraz, co roku, student dyplomowego roku aktorstwa będzie uczył się w Nowym Jorku. Cieszę się, że mogłam przetrzeć te szlaki!

J.K. Julio, pojedziesz uczyć się aktorstwa w Nowym Jorku – jak zareagowałaś na ten pomysł?

J.J. Moją pierwszą reakcja był szok i niedowierzanie! Na początku myślałam, że zaszła jakaś pomyłka. Ameryka i Hollywood od dziecka były moim wielkim marzeniem. W Polsce ciężko pracowałam: szkoła muzyczna, zajęcia aktorskie i wreszcie dostałam się do Szkoły Filmowej w Łodzi – za czwartym razem, jak Janusz Gajos! Wiedziałam jednak jakie są realia i nie dowierzałam w to, że moje marzenie o Ameryce uda się zrealizować.

J.K. Jak wyglądała nauka w Lee Strasberg Institute? Spędziłaś tam dwa i pół miesiąca – czym ten czas różnił się od Twoich dotychczasowych szkolnych doświadczeń?

J.J. Trafiłam do szkoły na tzw. semestr letni. To była bardzo intensywna praca i nauka. Program moich zajęć był indywidualnie opracowany i bardzo różnorodny: uczyłam się śpiewu, pracy przed kamerą, ruchu. Średnio spędzałam na zajęciach około 6 godzin dziennie. Ta szkoła jest międzynarodowa, niezwykle różnorodna. W mojej grupie była i grająca zawodowa hiszpańska aktorska i modelka, która chciała poprawić swoją ekspresję poprzez naukę aktorstwa.

J.K. Podstawą nauki w tym miejscu jest słynna Metoda Lee Strasberga. Obowiązkowo każdy student ma jej aż 8 godzin tygodniowo. Co w niej odkryłaś?

J.J. Dla mnie to był całkowity game-changer i brakujący element układanki! Edukacja aktorska w Polsce mocno opiera się na szkole rosyjskiej, gdzie emocje i dynamikę w scenie bardzo często buduje się przez napięcie. Dla Amerykanów napięcie wynika wyłącznie z tekstu i tempa nadanego przez reżysera. Podstawą metody Strasberga jest relaksacja i rozluźnienie. Prawdziwe emocje płyną tylko wtedy, kiedy człowiek jest rozluźniony i ma do tych emocji nieograniczony dostęp. Wcześniej często czułam, jak moje ciało spina się, chcąc uzyskać pożądany efekt. Kiedy ktoś w końcu powiedział mi: „Zrelaksuj się, a emocje same popłyną” – to po prostu zadziałało. Mam ogromne uznanie dla podejścia amerykańskich pedagogów. Tworzą oni uczniom niesamowitą przestrzeń, jest w nich zgoda na błędy, przyzwolenie na szukanie własnej drogi. Tam nie pracujesz wyłącznie po to, by osiągnąć efekt. Nad jedną sceną możesz pracować tydzień, możesz też miesiąc – wszystko zależy od tego, jak głęboko chcesz wejść w dany proces.

J.K. Czy to wolnościowe podejście widać było tylko w szkole, czy w całym Nowym Jorku?

J.J. Nowy Jork to miasto wolności! Nikt cię nie ocenia, nie ma narzuconych ram, konieczności wpisywania się w schematy. W Polsce mamy tendencję do zakładania masek, do tego, by starać się sprostać oczekiwaniom innych, by pasować. Można w tym zgubić samego siebie. Tam zdjęto ze mnie tę dużą presję. Dotarło do mnie, że wartościowe jest to, co jest tylko moje, co odróżnia mnie od innych. Twoje indywidualne cechy budują Twoją wyjątkowość, otwierają drzwi, stawiają przed dużymi szansami.

J.K. Który z profesorów wyjątkowo zapadł Ci w pamięć?

J.J. Zdecydowanie Tim Crouse, nasz wykładowca od metody. Przed wyjazdem oglądałam nagrania z jego wykładów i od razu poczułam, że to człowiek z ogromnym doświadczeniem i poczuciem misji. Mimo że pracował z wielkimi nazwiskami (m.in. z Tomem Hanksem), nie było w nim ani odrobiny wybujałego ego. Miał niezwykłe wyczucie, mnóstwo empatii, ale dawał też konstruktywny feedback. Bardzo ważną postacią był też Ted Zurkowski – reżyser i aktor, z którym pracowaliśmy nad Szekspirem. W Polsce nigdy nie czułam się pewnie w wierszu, a Ted po pierwszych zajęciach powiedział, że słychać w moim głosie dobre przygotowanie (to też dowód na to, jak nieobiektywni wobec siebie samych jesteśmy). Niezwykle ciepło wspominam też samą Victorię Krane, dyrektorkę Instytutu, która powiedziała mi na pożegnanie, że Instytut jest od teraz moim artystycznym domem.

J.K. Nauka w obcym języku i życie w tak wielkiej metropolii musiały być dla Ciebie sporym wyzwaniem.

J.J. Zdecydowanie! Choć przygotowywałam się językowo do wyjazdu, pierwsze dwa tygodnie były wyzwaniem ogromnym. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach. Czym innym jest rozmowa w obcym języku, a czym innym uczenie się w nim. Po powrocie z zajęć po prostu padałam ze zmęczenia. Z czasem przełamałam tę barierę i funkcjonowanie w obcym języku przestało być jakimkolwiek problemem. Co do samego miasta – Nowy Jork to „Warszawa do potęgi dziesiątej”! Na ulicach Manhattanu jest olbrzymi pęd, nie możesz ulicą iść zbyt wolno, tłum płynie. Na szczęście mieszkałam m.in. na spokojniejszym Queensie, gdzie odpoczywałam po zajęciach. Mieszkałam też na Brooklynie oraz w dzielnicy latynoskiej - tam jadłam najlepsze w swoim życiu jedzenie meksykańskie! Starałam się też zobaczyć Nowy Jork. Udało mi się wybrać na rejs wokół Statuy Wolności, bywałam w Central Parku, co dla mnie – jako fanki serialu "Przyjaciele" – było absolutnym punktem obowiązkowym!

J.K. Czy Amerykanie, których poznałaś znali nasza Szkołę?

J.J. Naszą Szkołę kojarzy się tam przede wszystkim z Romanem Polańskim. Sama nazwa "Łódź" była dla nich trudna do wymówienia. Tłumaczyłam, że jesteśmy najlepszą i najstarszą polską uczelnią filmową w Polsce. Byli w szoku, kiedy opowiadałam im o naszym systemie edukacji – że jako aktorzy piszemy pracę magisterską i zdobywamy tytuł magistra sztuki. Dziwili się też, kiedy mówiłam, że w Polsce rocznie mury uczelni aktorskich opuszcza około 150-180 nowych aktorów i uważamy, że rynek jest ciasny. Dla nich, przy dziesiątkach tysięcy kończących takie szkoły w USA, ta liczba brzmiała wręcz niezauważalnie.

J.K. Z jakim nastawieniem wracasz do Łodzi?

J.J. Z gotowością do pracy, ale też z poczuciem misji. Chciałabym może kiedyś poprowadzić warsztat lub fakultet z Metody Strasberga, podzielić się wiedzą, którą tam zdobyłam, bo uważam ją za niezwykle cenną w zawodzie aktora. Wyjazd dał mi duży dystans, uświadomił, jak ważna jest wiara we własne marzenia i zaufanie procesowi. Warto marzyć, z taka dziecięcą naiwnością. A ciężka praca i determinacja naprawdę przynoszą owoce!

fot. archiwum prywatne